Logowanie






Przypomnij
Nie masz konta? Rejestruj

Nasze Fotki

Marakesz

Meczet Kutubijja26 pździernika 2006r. liniami Easy Jet z Londynu Gatwik ruszyliśmy do Marakeszu. Celem wyprawy był najwyższy szczyt Afryki Północnej – Toubkal. W samolocie otrzymaliśmy specjalne karty, które trzeba wypełnić w celu otrzymania wizy. Wizy wydawane są bez problemu podczas kontroli paszportowej i są bezpłatne. Tym razem postanowiliśmy skorzystać z oferty naszego hotelu, który za opłatą ( 20 euro – co oczywiście było zawyżoną sumą) wysłał taxówkę. Wyłowiliśmy z tłumu oczekujących naszego kierowcę, który okazał się być samym właścicielem hotelu i ruszyliśmy rozklekotanym busem na miejsce. Nasz hotel mieścił się w samym centrum starego miasta, 5 minut od słynnego Placu Jamma El Fna. Od razu poczuliśmy już znajomy zapach surowego mięsa i kanalizacji unoszący się w powietrzu. Dosyć drogi hotel, jak na warunki marokańskie, okazał się porażką. Pokój na parterze gdzie okna i drzwi wychodziły do holu bez dachu (typowy dom w Maroku), łazienka sprawiała wrażenie jakby nie była remontowana od wieków. Maroko - kraj arabski, głośniki na każdym rogu, które nawołują do modlitwy, tylko mężczyźni w barach, kobiety zakrywają włosy, a jednak widać duży wpływ Europy. Warto dodać, że niewiele osób mówi w języku angielskim, ponieważ dawno temu Maroko było kolonią francuską większość tubylców posługuje się właśnie tym językiem (i oczywiście arabskim oraz marokańskim). Dużo spokojniej niż w Egipcie, nikt nas nie zaczepiał i nikt za nami nie biegał.


Pierwszy cel to bazar na placu Jamma El Fna . Muszę się przyznać, że bardzo mi się tam podobało. Dookoła grupki z zaklinaczami wężów i naganiaczy, nas oczywiście też to nie ominęło. Jeden z naganiaczy podbiegł do Adama i zarzucił mu węża na szyje i pociągnął do reszty grupy, a do mnie nawoływał abym robiła zdjęcia. Tak też zrobiłam. Kiedy skończyłam sesje zdjęciową Adama, zaklinacz rzucił się na mnie i mimo wielkich protestów zarzucił mi węża na ramiona i jeszcze w dodatku kazał go głaskać.Sprzedawcy wody O mało nie umarłam ze strachu. Na koniec kazał sobie za tą przyjemność zapłacić 100 Dirham, czyli równowartość 10 euro – zdziercy! Kilka kroków dalej kolejni naganiacze zapraszają na zdjęcie z małpką. Zwierzątko wyglądało sympatycznie, ale jeszcze przed wyjazdem słyszeliśmy, że trasowane małpki są sprytnymi kieszonkowcami, więc przezornie trzymaliśmy się z daleka. Następnie kolejna grupka kolorowych panów w wielkich kapeluszach, czyli sprzedawcy wody. Z nimi musiałam mieć zdjęcie byli bardzo fajowi (zdjęcie za opłatą). Ruszamy dalej bo plac jest wielki, panie zapraszają mnie na tatuaż z henny – odmawiam. Dookoła bazaru ustawione wozy pełne bakali lub pomarańczy, można kupić sok ze świeżo wyciśniętych. Stragany, na których można kupić dosłownie wszystko, mi najbardziej podobały się torebki ze skóry, wisiorki i super skórzane siedzenia, typowo marokańskie. Wszystkie te rzeczy zakupiliśmy, wcześniej twardo targując się o cenę. Od placu odchodzi wiele uliczek, które prowadzą do sklepików lub straganów. Warto wybrać się na plac kiedy się ściemni, tłum ludzi, gwar, muzyka, tysiące zapachów ze stoisk na których można coś zjeść. Bary na powietrzu, gdzie można zobaczyć jak jest jedzenie przyrządzane, usiąść i skosztować. Wielbłądzie lub kozie głowy przyczepione nad barem, mają przyciągać turystów i nie tylko, na nas jednak podziałały odwrotnie.
Miejscem, do którego prowadzą wszystkie drogi w Marakeszu jest Meczet Kutubijja. Jego szczyt jest widoczny w każdej części miasta. Na jego szczycie są trzy złote kule, które jak przypowieść mówi, powstały ze stopionej biżuterii królowej, która zjadła 3 winogrona podczas ramadanu. Nowa część Marrakeszu, zwana Gueliz, roi się od drogich, eleganckich hoteli, restauracji oraz amerykańskich Fast foodów.
levitra zakłady sportowe logo nokia olimp perfumy